Kategorie

Rodzaj
Główny rodzaj prac

Rozmiar
Na półkę, czy do ogrodu

Materiał
Główne tworzywo

Autor

Kontakt
+48 604 788 185
Filip Janaszek
+48 781 776 701
Paweł Janaszek
+48 504 087 450
Benedykt Marek Janaszek
galeria@benedykt.art.pl
2292634
gadu-gadu
filip.janaszek
skype
Facebook

wywiad
Wywiad w Kronice Mazowieckiej
12 listopad 2014

Dzięki zainteresowaniu i uprzejmości Pani Małgorzaty Wielechowskiej w listopadowym numerze miesięcznika "Kronika mazowiecka" ukazał się dwu stronicowy wywiad z Benedyktem.

Plik PDF bezpośrednio ze strony Samorządu Województwa Mazowieckiego

Przyjaciel drewna i dłut

Z kawałka drewna bądź kamienia tworzy prawdziwe dzieła sztuki. Czasem pracuje jak… chirurg – z niesamowitą precyzją i lupą przy oku. Ulubionym tematem prac Benedykta Marka Janaszka z Kozienic jest człowiek.

Galeria prac Pana autorstwa dostępna w internecie przedstawia mnóstwo rozmaitych dzieł. Od jak dawna Pan tworzy i jak zaczęła się przyjaźń z rzeźbą?

Tę dostępność w internecie zawdzięczam starszemu synowi Filipowi, a młodszy Paweł jest wrażliwym krytykiem moich prac. W 2005 r. podczas indywidualnej wystawy w Muzeum Regionalnym w Kozienicach obchodziłem 20-lecie pracy twórczej. Tak więc dziś jest to blisko 30 lat twórczości. Przyjaźń z rzeźbą to szczególny stosunek do drewna jako tworzywa czy też drzewa, które często samo w sobie nosi znamiona dzieła sztuki.

Bardzo często lubimy przyglądać się chmurom i odnajdywać w nich rozmaite kształty. I to samo dotyczy kłody drewna, z którego powstanie rzeźba. We wczesnym dzieciństwie z kory i gałęzi wierzbowych dziadek strugał mi łódki i figurki. Z biegiem czasu zacząłem zwracać szczególną uwagę na rzeźby miejscowych twórców i coś mnie przy nich zatrzymywało... W głębi duszy czułem bliskość z rzeźbą. Towarzyszyło mi uczucie więzi z pracami. Wiedziałem, że jest to forma ekspresji, którą chciałem się zająć i która była we mnie.

Kupiłem więc małe dłuta (był to czeski Narex), znalazłem kawałek drewna i zacząłem strugać. Choć to jeszcze nie było rzeźbienie, przynosiło mi nieskrywaną radość. Później przychodziły różne doświadczenia, bo przecież te dłuta trzeba było ostrzyć. A jeszcze do dużych dłut potrzebny jest pobijak (najlepiej akacjowy), który nazywa się puca. Te rzeźbiarskie praktyki przychodziły z czasem. Ja się im poddawałem. Częste kontakty ze środowiskiem twórców, wymiana wiedzy, przyglądanie się rozmaitym dziełom zaowocowały ukształtowaniem tzw. stylu, doboru tematów, warsztatu twórczego.

Lubię jeździć do Orońska, by oglądać kolejne wystawy lub zwyczajnie przechadzać się w tej krainie rzeźby. Dane mi też było oglądać dzieła największych artystów, m.in.: Michała Anioła, Giovanniego Berniniego, Antonia Canovy. W ich ojczyźnie miałem przywilej udziału w trzech wystawach i sprzedaży prac w Asyżu. Nauczycielem jest też życie. Uczucia i emocje można skrywać głęboko, ale można też je wyrazić czynem, działaniem. I rzeźba spełnia tu swoją rolę, bo pomaga bezpiecznie i twórczo odreagować smutek, czasem złość albo radość. Paradoksalnie podziw graniczący z zazdrością (a – moim zdaniem – zazdrość to jedno z najgorszych uczuć i wad charakteru) może też być wyzwalaczem działania – pobudza do tworzenia, rozwija kreatywność, wzmaga aktywność. Choć nie jest mi to obce, zdecydowanie wolę przyjazne źródła inspiracji.

Przyglądając się Pana pracom, od razu widać, że lubi Pan ludzi. Człowiek to częsty motyw Pana dzieł. Co szczególnie w nim inspiruje?

Rzeźba to przede wszystkim forma, a treść to efekt jej kształtowania i twórczego spojrzenia na nią. Cóż zatem może być ważniejszego dla rzeźbiarza, niż próba ciągłego formowania znaczeń, wartości, idei? A to wszystko zawiera się w najdoskonalszym akcie twórczym, jakim jest człowiek. Inspiruje mnie w nim wszystko, co niepospolite, zaskakujące, ciekawe. A że nie ma takich samych ludzi, mam ułatwione zadanie.

Pana dzieła naprawdę przyciągają. Stają się równorzędnym partnerem oglądającego. Kto był Pana nauczycielem? Gdzie nauczył się Pan tak rzeźbić?

W szkole średniej lubiłem rysować. Były to szkice-portrety wieszczów z sali polonistycznej, które wykonywałem w zeszycie do języka polskiego. Jakoś tak było, że rodzicom i pani profesor trudno było dopatrzeć się związku rysunków z przedmiotem. Rzeźbienie przyszło samo przez doświadczenie. Nikt mnie nie uczył. Dopiero około 10 lat temu skończyłem studia podyplomowe na kierunku „Sztuka”. Byłem już jednak ukształtowany przez „życie”. „Życie” to plenery z przyjaciółmi po dłucie, konkursy, wystawy, wspólne doświadczenia. W pytaniu użyła Pani określenia, że moje prace „stają się równorzędnym partnerem oglądającego”. Bardzo dziękuję – to chyba najlepsza ocena wystawiona moim kreacjom. Potwierdza też związek człowieka z rzeźbą, aktora z kukłą, na który wskazywał nasz wielki twórca teatralny – Tadeusz Kantor. Według niego kukła- rzeźba to nieożywiony aktor... Zachęcam więc do tego, abyśmy otaczali się tymi aktorami, aby wokół nas codziennie dział się teatr.

Wykonuje Pan swoje dzieła nie tylko w drewnie, ale i kamieniu – chyba najtrudniejszym tworzywie dla rzeźbiarza. W tym przypadku jeden fałszywy ruch często niszczy cały efekt. Zapewne ma Pan swoje sposoby na ewentualne „wpadki”…

Praca w kamieniu wymaga innego warsztatu i podejścia emocjonalnego. Potrzebna jest większa pokora i cierpliwość, a tej mam niedostatek. Doświadczyłem jednak tego przywileju i wykonałem kilka prac w granicie, piaskowcu i marmurze. Rzeczywiście miałem „wpadkę” w prawie już skończonej rzeźbie w marmurze. Ładna mi „wpadka” – odpadła cała głowa jednej z dwóch postaci! Trudno uwierzyć, ale całość bez głowy to było… właśnie to.

Tworzy Pan nie tylko małe rzeźby na półkę, ale też ogromne np. do ogrodu. Jak dużo czasu zajmuje wykonanie jednego dzieła?

Lubię duże formy, bo więcej się dzieje tzw. Przypadkowych zdarzeń. A to jakaś dodatkowa dziura, a to dziwna narośl, co buduje kolejną narrację. Duże prace wymagają o wiele więcej czasu i wysiłku, a ja to lubię. Na przykład na plenerach trzymetrowe prace wykonuje się zwykle w ciągu 2 tygodni. Przed laty parę dni zajęło mi wyrzeźbienie pięciocentymetrowej figurki rzymskiego żołnierza z I wieku naszej ery, gdzie oprócz dłuta posługiwałem się lupą. Świadczy to o tym, że małe wcale nie jest łatwe.

Z których swoich rzeźb jest Pan najbardziej dumny?

Są prace, z których jestem zadowolony, albo powiem nieskromnie – podobają mi się. Wszystkie one są jednak w posiadaniu ludzi w różnych zakątkach Polski i świata. Wszystkie te dzieła miały jedną wspólną cechę: były w większości ukształtowane przez naturę. Moja rola ograniczała się do delikatnej ingerencji w materię. Rozstania z nimi nie były proste.

Czy sztuka jest Pana sposobem na życie? Myślę tu o finansowym aspekcie, ale też o sytuacji, kiedy pasja wyznacza pewien rytm…
Im dłużej żyję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że całe życie i nasze losy to matematyczny fraktal. Nie ma przypadków i nic nie marnuje się w Bożej ekonomii. Ważne jest dla mnie, że będąc twórcą, sam poddaję się rytmowi wyznaczonemu przez Stwórcę i dopiero to przynosi mi równowagę i akceptację. Zbytnie bycie tylko twórcą, oddala mnie od bycia człowiekiem.

Rozmawiała Małgorzata Wielechowska

Wróć